Królestwo za fucka!

  • 16.02.2020, 22:39
  • redakcja RTO
Królestwo za fucka!
Gdyby za tysiąc fucków udało się "odkraść", czyli cofnąć kradzież jednej warszawskiej kamienicy, myślę, że byłaby to korzystna wymiana. Jak ktoś jest miłośnikiem zwierząt niech zamieni to życzenie na jedno godziwe schronisko dla psów.

Sztubackie zachowania w sejmie to koniec świata?

Oczywiście trudno pochwalać sztubackie gesty posłanki Lichockiej, bo "numer" z palcem bardziej pasuje do zapasów w kisielu, albo virali Klaudii Jachiry, z wierszykiem:  - Czy krawat, czy muszka -  Wystawię paluszka. -, jednak nie dajmy się zwariować. Chyba ważniejsze jest, żeby podejmowano tam przemyślane decyzje.  
W Wielkiej Brytanii, kraju, któremu nikt nie zarzuci braku kultury parlamentarnej, nie takie rzeczy się działy. Gdy jeden z posłów Partii Pracy krzyknął podczas burzliwej debaty w parlamencie w kierunku premier Margaret Tacher : "Ty kurwo!". Ona mu odparła: "Pan się myli. Nigdy nie wykonywałam takiego zawodu".

Ale wróćmy do meritum.

Zarzut, że gdzieś znowu doszło do śmiertelnie groźnej agresji i mowy nienawiści, zbyt często staje się dzisiaj narzędziem cenzury. Emocje na styku sektorów partyjnych sali plenarnej sejmu nie są dla Polaków prawdziwym problemem. Klasa polityczna mimo to, bije w bęben, jakby społeczeństwo obchodziło, co pokazała Lichocka do Nitrasa. Przecież sejm to nie rubryka towarzyska "Pomponika" z wiecznie pląsającymi celebrytami.
Przykład absurdalnej dyskusji to np.: program telewizyjny - Strefa Starcia - rozmowa oczywiście o środkowym paluszku polityczki z PISu.
Posłanka SLD Hanna Gill-Piątek mówi, że gest Lichockiej jest karygodny i dlatego Robert Biedroń, (red: człowiek łagodny i uśmiechnięty) powinien zostać prezydentem.

Adwersarz pani poseł na to,  - czy chodzi o tego samego Biedronia, który kłamał dwukrotnie w parlamencie europejskim na temat Polski? Raz twierdząc, że w naszym kraju są miejsca gdzie homoseksualista nie ma prawa wstępu. Drugi raz mówiąc, że obecna władza  jest dla Polski gorsza od komunizmu?
- Posłanka SLD odpowiada wymijająco i sugeruje, że gorszy jest paluszek.


To trzeba skomentować.

Po pierwsze Robert Biedron mimo ostentacyjnie deklarowanego homoseksualizmu został prezydentem Słupska. Zadziwiające! Gdzie zniknęła wrogość dla pedeków? Tak bardzo porządanej przez środowiska lewicowe homo-nienawiści, po prostu nie ma. Polacy ich kochają, a przynajmniej akceptują. Nie uwierzę, że Słupsk jest obszarem eksterytorialnym, innym niż reszta kraju.

Drugie to już bezczelne łgarstwo, bo jakże inaczej nazwać przyrównywanie Polski, w której Biedroń z łatwością został prezydentem miasta, a potem europarlamentarzystą do unurzanego we krwi tysięcy terroru importowanego z ZSRS?

Posłanka SLD Hanna Gill-Piątek broniła się, że środkowego palca i wystąpień Biedronia w europarlamencie nie można porównać. Tak to prawda. Bo jak zestawić środkowy palec ze szkalowaniem własnego kraju dla kariery? Niewłaściwy palec w górze trudno porównać do... załatwiania się we własny garnek.
Posłanka SLD  jest wykształcona i z wyglądu niegłupia, jednak wyraz twarzy sugeruje, że jej zdaniem palec w geście popularnie zwanym "fuckiem" jest gorszy od zdrady. A kłamstwo z premedytacją, to najlepsza rekomendacja dla kandydata na prezydenta. Moim zdaniem to nie jest kwestia gustu. Są jakieś zasady.


Dystrybucja prestiżu szwankuje.

W Polsce brakuje uporządkowanej dystrybucji prestiżu. Odpowiedzialne za to są media, bo trudno wymagać od całego społeczeństwa, żeby było oczytane i zamiast normalnie żyć, zajmowało się polityką na poziomie eksperckim.
A w polityce wrze. W parlamencie i mediach obie strony protestują. Każda z nich uważa, że zachowanie konkurenta jest skandaliczne. Przeciętni Polacy już nie wiedzą, jaka norma, ani jaki jest ich interes.

Dobrym przykładem jest nasz stosunek wobec Niemiec. Wszyscy podziwiamy ich bo są silni, bogaci i pracowici. Uwielbiamy ich samochody, niemieckie auto to jakość i prestiż. Politycy także mają do nich szacunek, ale są różnice. Opozycja chce robić to, co Niemcy mówią, a rządząca koalicja skłania ku temu by robić to, co Niemcy sami robią. To ciekawe, bo pomiędzy tym, co Niemcy mówią i robią jest zasadnicza różnica.Jaka?

Angela Merkel wynegocjowała umowę handlową z krajami Ameryki Południowej. Tam popłynie niemiecka technika, z powrotem żywność. Za jednego mercedesa Niemcy dostaną kilkadziesiąt ton wołowiny. Nie wiem ile, bo cena hurtowa taniej wołowiny z Argentyny to z pewnością tajemnica handlowa. Mercedes będzie dowoził piękne dziewczęta na plaże w Rio de Janeiro i trzeba będzie tylko dolewać paliwa, ale mięso ktoś będzie musiał zjeść i to szybko. Przecież robotnicy w Stuttgarcie nie zadowolą się wypłatą w naturze.
Takie mięso może zalać europejskie rynki i da podwójną marżę, bo przecież produkcja befsztyków na starym kontynencie puszcza gazy. Dokładnie CO2. Sylwia Spurek i grono jej podobnych, jak przystało na pożytecznych idiotów bezinteresownie postara się, by podatek od mięsa wykończył europejskich hodowców i zdarł z nas parę miliardów Euro rocznie. Czyżby wszystko to w interesie intratnej niemieckiej polityki handlowej?

Naśladować, czy słuchać? Oto jest pytanie.

Wracając do odpowiedzi na zagadkę, jaka jest różnica pomiędzy tym co Niemcy robią, a tym co mówią. Zatem: Niemcy jak każde regionalne mocarstwo walczą, by kosztem wszystkich wokół wzbogacić się jak najbardziej. Metody to dezinformacja, sabotaż, torpedowanie reform, podwójna gra itd. Upraszczając zgodnie z regułą Kalego. - Jak Kali ukraść krowę, to dobrze, jak Kalemu ukraść krowę to źle. -  W polityce międzynarodowej to standard, ale u nas zdania są podzielone.

Opozycja chce wykonywać polecenia Niemców, którzy prowadzą nas na manowce. Koalicja rządząca naśladować Niemców i nie dać się ograbić. To drugie prowadzi do nieuchronnego konfliktu, ale przecież na tym polega polityka zagraniczna. Na zarządzaniu sprzecznymi interesami. Negocjacje nie są łatwe. Jeden traci, a drugi zyskuje.
Jak mówi znakomity politolog Jerzy Targalski, naszym prawdziwym rywalem jest Berlin, i ta europejska stolica ma do dyspozycji trzy armie. Komisje europejską, TSUE i polską opozycję. Według Targalskiego, nie ma sensu walczyć z emanacjami Berlina. Trzeba dyplomatycznego porozumienia (czytaj starcia) pomiędzy Warszawą, a Berlinem, przy wykorzystaniu wsparcia Waszyngtonu.

Czwarta armia, czy czwarta władza.

Ach te media. Wróćmy do dystrybucji szacunku. W Niemczech nie mają z tym problemu. Porządek musi być, a władza ma zawsze rację. Po raz setny przytaczana historia debaty w Bundestagu, do której doszło w proteście wobec przymiarki do wykupienia przez obcy kapitał jednego z niemieckich dzienników, jest przykładem bezcennym. Trzeba być naprawdę niespełna rozumu, żeby nie zdawać sobie sprawy, że przekazanie mediów w obce ręce, to utrata suwerenności. Linia programowa niemieckich inwestorów jest jednoznaczna. Dobre jest to, co mówi "Niemiecka Unia Europejska", nawet jeśli gołym okiem widać, że to kolonizowanie słabszych krajów.

Ringier Axel Springer, Verlagsgruppe Passau, Burda Media, pożarły nasz rynek prasy i internetu, jak kot połyka mysz. Od lat za pomocą pompy, której turkot łupie w rytmie wagnerowskiej Walkirii, niemiecka racja stanu jest wtłaczana w umysły Polaków. Szkoli i bawi nowe pokolenia. Zastępy redaktorów pasione wurstem zza zachodniej granicy, są modelowane na celebrytów i liderów opinii. Co nie jest wcale dziwne. Germanie świetnie dogadali się z postsowieckimi elitami PRL. Ktoś zaczyna protestować? Niech sprawdzi skąd milionowe dyrektorskie gaże pobiera Gerhard Schröder były kanclerz Niemiec. Jako szef rady dyrektorów w rosyjskim koncernie naftowym Rosnieft? A jakże.

 

Światowy podział pracy.

Każde mocarstwo globalne, czy też regionalne narzuca obszarom, nad którymi sprawuje kontrolę regulację i rozdziela pracę. Obszar podległe otwiera swoje rynki i pozwala na penetrację kapitału mocarstwa. Tym samym peryferia zajmują kolejne stopnie w swoistej drabince społecznej. W drabince tej, jak w korporacji, każdy ze szczebli ma swój zakres obowiązków, zwierzchników i taryfikator płac.

Do momentu, w którym wszyscy akceptują swoje role, a hegemon (mocarstwo) ma na tyle siły, żeby zapewnić porządek i bezpieczeństwo organizmu, system trwa. Kiedy jednak, jakiś niższy dział "firmy" zapragnie się usamodzielnić, potrzebna jest interwencja. Taką właśnie mamy sytuację z Polską w Unii. Dopóki pracowaliśmy w porządku ustalonym w Berlinie, obywało się bez tarć. Po 25 latach rozwoju pod progiem zachodu, wzmocniliśmy się gospodarczo na tyle, by podejmować samodzielne działania. Centrala nie chce na to pozwolić, bo ustalony i korzystny gospodarczo porządek wymyka się im z rąk.

Jak to wygląda globalnie? Dopóki nie dojdzie do rozstrzygnięcia pomiędzy Chinami, a Ameryką globalnym mocarstwem jest USA. Regionalnym hegemonem jest Unia Europejska, z tą różnicą, że w Stanach Zjednoczonych wiadomo kto rządzi, natomiast w EU kierowniczy trzon stanowią Niemcy, potem Francja i może jeszcze jakieś mniejsze, ale zasobne w kapitał kraje starej unii.

Polska jest dzisiaj jak dział dużej korporacji, który niedawno jeszcze pracował dla korporacji "Bruksela S.A", a dziś chciałby się usamodzielnić i zacząć negocjować poszczególne kontrakty w zależności od potrzeb. Na to stara Unia nie chce się zgodzić i stąd cała awantura. Z odsieczą przychodzi nam "korporacja Ameryka", dzięki, której nie osiągniemy samodzielności przysługującej mocarstwu, ale możemy zrównoważyć presję jaka wywiera na nas Berlin. Po co to wszystko? By awansować w światowym podziale pracy na wyższy szczebelek. Wykonywać bardziej odpowiedzialne zadania i zarabiać na tym lepsze pieniądze. Niemcy zaś powinni szukać innych obszarów, w które wpuszczą swój kapitał, urządzą ład i będą eksplorować wedle woli i potrzeb.

Co ma paluszek do polityki?

Chyba nie za wiele, ale zdania są podzielone.

 

Marcin Miłkowski

 

____________________________________________________________________________________

Polecamy dr.Jacka Bartosiaka

 

redakcja RTO

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe